Podsumowanie 2008: Polskie wypały
Postanowiłem nie rozmieniać się na drobne. Po ostrej selekcji i bardzo wielu zmianach, trafia do Was subiektywna lista dziesięciu najlepszych, polskich produkcji tego roku.
10. DonGuralEsko - El Polako

Najgorszy z najlepszych jest Gural. Wiem, że na on durne teksty, wiem, że (niestety) gimnazjaliści puszczają sobie “El Polako” z komórki, ale mimo wszystko jaram się jego stylem. Wobec albumu miałem spore oczekiwania, ale - jak to często bywa - z lekka się zawiodłem. Podobnie jak było w przypadku “Drewnianej małpy rock”, otrzymaliśmy nieco monotonny album, który jednak może się podobać. Bity rodem zza oceanu, nieskomplikowane teksty w konwencji Braaga - takie właśnie jest “El Polako”.
9. DJ Decks - Mixtape Vol. 4

Nie wspominając, że na czwartej części mixtepju Decks’a pojawiło się Hemp Gru, PTP czy jakaś tam K8 (wannaBeyonce) - mamy doczynienia z całkiem niezłym materiałem. Broni się on przede wszystkim wszechstronnością. Poznański DJ potrafi wysmażyć pseudo-crunk dla PTP, uliczny banger dla Mr. Kruggi, g-funk dla 2cztery7 czy nawet cykacze dla Płomiania. Bez szału, ale na pewno każdy znajdzie coś dla siebie.
8. Fisz/Emade - Heavi Metal

Kiedy tylko usłyszałem “Wiosne 86″ wiedziałem, że obok tego albumu nie będę mógł przejść obojętnie. Fisz zawsze trafiał w mój gust, po przesłuchaniu “Heavi Metalu”nic się nie zmieniło. Jak zawsze mamy doczynienia z nieco abstrakcyjnymi tekstami, aczkolwiek na pewno forma w jakiej Fisz przekazuje je na owej produkcji, jest bardziej zrozumiała dla szerszego grona osób. Emade swoimi produkcjami - które nawiasem mówiąc, zjadają warstwę liryczną - udowodnił, że jest naprawdę dobrym producentem. Kropka.
7. Molesta Ewenement - Molesta I Kumple

Niezły Włodi, wkurwiający Vienio i trzymający całkiem przyzwoity poziom Pelson - taki możemy określić ten album. Nie zapominajmy jednak o najważniejszym - o gościach. Oni odgrywają tu właściwie pierwsze skrzypce. Spośród nich na pewno wyróżniają się Mes i Pezet, którzy kawałkiem “Mówie nie” zjedli całą płytę. Do grona udanych zwrotek spokojnie możemy zaliczyć jeszcze choćby Eldo, Ostrego, Pjusa (mimo, że kawałek wyszedł jakieś 3 lata temu) oraz Ero (za którym na co dzień
nie przepadam). Zawiedli Fu, Wigor i Kosi (nigdy go nie lubiłem, zostało mi to do dziś). Streszczając warstwę muzyczną - jest dość przeciętnie. Pomimo, że o bity zadbali m.in. Returnersi, Szczur, Kuba O. czy Głośny - nikt mnie nie powalił.
6. Peja - SoLUfka - Styl życia G’N.O.J.A.

Rychu w mikołajki uderzył swoim nowym, a zarazem pierwszym solowym albumem. Jak możemy się zorientować już po tytule, jest to Peja bez Decksa. Jak poznaniak poradził sobie bez pomocy wieloletniego kompana? Dobrze, choć bez rewelacji. Peja na bitach Zelo, Julka, Squry czy wypada całkiem nieźle, w warstwie tekstowej właściwie bez zmian. Trochę o ulicy, o pannach, o sobie, o poznaniu i nic poza tym. Gdyby nie sentyment nie wiem, czy “Styl życia gnoja” zawitałby w Top 10.
5. Emil Blef - Mam taką twarz, że ludzie mi ufają… Billing

Długo oczekiwany album Blefa w maju tego roku trafił na półki sklepowe. Przez niefortunnie zaplanowaną datę wydania, było sporo problemów z dostaniem “Billingu” w sklepach muzycznych, ale - jak to się mawia - kto szuka ten znajdzie. Mniejsza z tym. Przechodząc do zawartości, album oparty głownie na jazzowych bitach i co najważniejsze - “R” Blefa już nie rzęzi jak stary silnik. Zapewne jest to zasługa jego żony, która jest logopedką. Sprawiło to, że Emil poczynił progres w swoim stylu nawijania. Materiał dobry, to na pewno, ale tylko jeśli słuchamy go w pewnych odstępach czasowych.
4. Eldo - Nie pytaj o nią

Leszek zawiódł, oj zawiódł. Początkowo byłem bardzo negatywnie zaskoczony Eldoką na elektronicznych bitach typu “Miasto gwiazd” czy nawet “Zamiast wstępu”. Z kolejnymi przesłuchaniami było coraz lepiej, ale jednak nie tak dobrze jak np. z poprzednią solówką rapera. Mówiąc wprost - jak na Eldo - przeciętnie, ale jak na poziom polskiego rapu - dobrze. Eldo to Eldo i nie wyobrażam sobie, jak mogłoby go zabraknąć na tej liście.
3. O.S.T.R. - Ja tu tylko sprzątam

Ostry, który - z przykrością muszę to powiedzieć - powoli staje się maszyną do robienia muzyki, nie zaskoczył mnie swoim aktualnym albumem. Przez to, że jego albumy wychodzą od paru lat równo co rok, nieco znudził mi się rap pana Ostrowskiego. Mimo wszystko - źle nie jest. Największym minusem jest na pewno długość materiału jak i brak choćby jednego polskiego rapera.
2. Pih - Kwiaty zła

Zdecydowanie jeden z bardziej oczekiwanych albumów roku. Zapowiadany początkowo na przełom września i października 2007, album białostockiego rapera trafił do słuchaczy dopiero pod koniec grudnia tego roku. Opłacało się czekać? Jak najbardziej! Jest to chyba najspójniejszy album Piha. Członek nie istnijącego już składu JedenSiedem nagrał ciężki i mroczny album z przemyślanymi tekstami. Nie znajdziemy tu takich ckliwych refreników jak na “Krew, pot i łzy” tylko hardkorowe opowieści o zepsuciu dzisiejszego świata - ludzie po raz trzeci zabijają się dla cyfry, seryjni mordercy są wśród nas, a na tym wszystkim rosną zła kwiaty, proste. Poza Miodem, który gościnnie pojawia się w dwóch utworach, jeszcze większy niesmak pozostawia Fokus, który - najwyraźniej inspirując się Żuromem - nagrał najgorszą, offbeatową zwrotkę w swoim wykonaniu. Przymykając oko na dwa wymienione powyżej minusy - mamy doczynienie z ponad 90 minutami dobrego rapu.
1. 2cztery7 - Spaleni innym słońcem

Wiele osób zarzuca Mesowi, Pjusowi i Stasiakowi, że robią chuj, a nie g-funk - całkowicie niesłusznie. Zastanówcie się sami - czy istnieje jakiś miernik, który określi, co tak naprawdę jest g-funkiem? Wątpię. Wiadomo, że robiąc to w Polsce, nie otrzymamy xera pierwszego albumu Snoopa czy też klasyka Warrena G. Tak czy inaczej, mi album bardzo przypadł do gustu. Nieważne jak się to nazywa, polski g-funk czy rumuńska biesiada - materiał uważam za naprawdę dobry i świeży na polskim rynku fonograficznym. Czekałem na niego stosunkowo długo, premiera ciągle się odkładała (Embargo chuje!), ale tak jak w przypadku Peiha - opłaciło się. Znalazłem Kalifornie w Polsce!
Gdyby dziesiątka była gumowa, na pewno wepchnąłbym tu jeszcze np. bardzo mocny debiut Jeżozwierza, który ni z gruchy i nie z pietruchy, zaserwował nam w kwietniu swoje solo “Jebać tytuł”, jak najbardziej godne polecenia. Na propsy zasługuje także krążek “Oddycham smogiem” Magiery, Tymona i Małego72 oraz “Insert” Łony i Webbera. Na listę nie trafiły tylko dlatego, że są bardzo ubogie. Jasne, liczy się jakość, a nie ilość, lecz wolałbym pełny longplay z playtime’m ok. 50 minut.
Sorry za jakieś ewentualne błędy - czy literówki czy gramatyczne - ale niestety pewną część listy zostawiłem na pendrivie, który bezpiecznie leży sobie w domu mojej babci - i jak się domyślacie - opinie niektórych produkcji musiałem pisać ponownie.















