Szczęśliwego Nowego Roku!

Zaraz spadam na Sylwestra, więc pożegnam się i z Wami. Żadnych wymyślnych rymowanek nie wkleję, tylko po prostu życzę wszystkiego najlepszego w nowym, 2012, roku

Zaraz spadam na Sylwestra, więc pożegnam się i z Wami. Żadnych wymyślnych rymowanek nie wkleję, tylko po prostu życzę wszystkiego najlepszego w nowym, 2012, roku
31 grudnia, ostatni dzień roku, więc pora na ostatnie podsumowanie, te najbardziej oczekiwane. Myślę, że osoby, które śledzą bloga, moje wypowiedzi i mojego Lasta - nie będą zdziwione. Zapoznajcie się z listą 14 płyt, które były - moim zdaniem - najlepsze w 2011 roku.
14. Pokój Z Widokiem Na Wojnę - Droga wojownika (Prosto Label/F.K. Olesiejuk, 21.11.2011)

Nie chcę się powtarzać, bo opisywałem ten album w ‘Nabytkach płytowych’ (1)… Jurasowi (bo to tak naprawdę jego solo), udało się nagrać lepszy album od zeszłorocznego, który – jak wiadomo – zawiódł mnie. Treściwy krążek, autentyczne, uliczne historie, porządne bity. Na takiego Jurasa czekałem.
13. Hades - Nowe dobro to zło (Prosto Label/F.K. Olesiejuk, 17.10.2011)

Od zawsze Hades był lepszy od Dioxa. Jeszcze bardziej udowodnił to swoją solówką. Brudny, ciężki klimat, jakiś pomysł – to jest to, w przeciwieństwie do Dioxa i jego „Logiki gry”. Płyta „Nowe dobro to zło” trochę przypomina mi DwaZera – podobny przejarany klimat. Na początku może zrazić duża ilość kawałków, ale to tylko pozór. Całość wchodzi bardzo dobrze i idealne wpasowała się w porę roku. Propsy, Hades.
12. Kajman - K2 (Step Records/Jazz Sound, 28.10.2011)

Największe, pozytywne zaskoczenie tego roku. Fakt faktem, poprzednie, legalne dokonania Kajmana był ok, podobały mi się, ale po „K2” nigdy nie spodziewałbym się aż takiego jebnięcia. Przede wszystkim, bardzo solidne bity – aż trudno znaleźć jakiś, który można by określić mianem ‘słabego’ – lepsza dykcja i flow gospodarza, umiejętnie dobrani goście, a do tego przekrojowość. Znajdziemy tutaj różne style, przez co całą płytę łyka się na raz i jeszcze w głowie zostanie parę fajnych aspektów. Naprawdę polecam.
11. DonGuralEsko - Zaklinacz deszczu (Szpadyzor Records/Fonografika, 26.11.2011)

Nie chcę się powtarzać, bo opisywałem ten album w ‘Nabytkach płytowych’ (2)… „Zaklinacz deszczu” jest na pewno lepszy od poprzedniego solo Gurala. Kozackie bity, durne i bekowe, ale bujające teksty Gurala. To jest to, czego od niego oczekuje. Idealna płyta na imprezę i nie tylko.
10. Chada – WGW (Step Records/Jazz Sound, 27.05.2011)

Zdziwieni? W końcu w 2009 roku, przy okazji wydania „Procederu” pisałem, że uliczny rap w wykonaniu Chady jest jak najbardziej ok. Po dwóch latach od debiutu, Syn Bogdana powrócił z nową, bardziej dopracowaną płytą „WGW”. Po pierwsze, słychać tutaj progres, ale to było nieuniknione. Wszak pierwsza płyta była nagrywana w 2007 i 2008 roku. Tomasz postarał się i wybrał bardziej oryginalne bity, które nie zlewają się ze sobą, jak miało to miejsce ostatnio. Tekstowo jest… na jego poziomie. Dużo kurew, osiedlowo-gangsterskich opowieści, czy kryminalnych wątków – taki standard, z dodatkiem populizmu, ale przynajmniej brzmi to autentycznie. W pamięć zapadają wersy o propsowaniu złodziejstwa, niedoszłym samobójstwie czy stosunkach rodzinnych – niewątpliwie ciekawe smaczki, których na co dzień raczej nie uświadczymy w polskim rapie. Nie sposób wspomnieć o żenujących zagraniach Stepu – długopisy, kubeczki, zapalniczki – nigga please, no i te burackie wersy w stronę niejakiego Donia… To tylko udowadnia, że z Chady jest prosty chłop – takie też są jego nagrywki, jednak przypadły mi one do gustu. Zastanawiającą kwestią jest też ogromny fejm. Kto dwa lata temu kojarzył Chadę? Głównie starsi słuchacze, a teraz każdy gimb lata w jego koszulkach, bluzach, spodniach, czapkach i zobaczycie, że zgarnie złoto. Zobaczycie…
9. Parias – Parias (Fonografika, 28.04.2011)

Wbrew większości opinii, uważam, że jest to dobra płyta. Nie wiem, czego się niektórzy spodziewali. Wiadomo, że Eldo i Pelson nie są wirtuozami flow, jedynie Włodi coś potrafi – co prawdą, czasem kaleczą bity, które oczywiście są najlepszym punktem albumu, ale w ogólnym rozrachunku „Parias” wypada pozytywnie. Trochę beka z wkręcania sobie ideologii anty-establishmentowej, ale przynajmniej jest to jakiś pomysł na swój rap. Czwórka z plusem.
8. Pih - Dowód rzeczowy nr 2 (Step Records/Jazz Sound, 09.12.2011)

Nie chcę się powtarzać, bo opisywałem ten album w ‘Nabytkach płytowych’ (3), oczywiście wielki chuj w serce ludziom ze Stepu (wiadomo, za co). Nie mniej, Pih nagrał niezłą płytę, nie wystrzegł się powtarzania schematów, nie zaprezentował niczego nowego, ale mimo wszystko, brzmi to porządnie, i co najważniejsze, udało mu się uciec z pułapki „Kwiatów zła”, którą kontynuował jeszcze na „DR1” – mianowicie z takiego smutnego stylu kawałków, robionych na jedno kopyto.
7. Slums Attack – Reedukacja (Fonografika, 05.03.2011)

Długo czekałem na kolejny, wspólny album Peji i Decksa – w marcu w końcu się doczekałem. Na początek, bardzo zdziwiły mnie liczne odniesienie do ruchanka („Dura Sex”, „Nietakt”), nie sposób też uświadczyć nawiązania do beefu z Tede (są zupełnie zbędne), czy wspominanie o koncercie w Zielonej Górze. Przez te elementu „Reedukacja” przypomina mi trochę „Najlepszą obroną jest atak”. Rysiek stara się prostować swoje wcześniejsze sprawy i jeszcze zdobywa za to platynę… Porządna płyta, na dobrych bitach.
6. Sobota - Gorączka sobotniej nocy (StoproRap/Fonografika, 08.10.2011)

Nie chcę się powtarzać, bo opisywałem ten album w ‘Nabytkach płytowych’ (4), ale, pokrótce: solidny, bangerowy album w stylu Soboty. Czy lepszy od debiutu? To się okaże, jednak osoby zajarane „Sobotażem” na pewno będą usatysfakcjonowane kolejnymi kawałkami o ćpaniu, chlaniu i ruchaniu. Ja propsuję.
5. Zeus - Zeus, jak mogłeś? (Embryo/Fonografika, 09.04.2011)

No proszę, Zeus. Nigdy nie pomyślałbym, że umieszczę go w rankingu, ale wiecie. Zrobił bardzo duży progres, nagrał bardzo świeżą i oryginalną płytę, to chłopakowi się należy. Pomijając już chujowy sposób promocji i homoseksualne akcenty, Zeusowi udało się nagrać coś, co w polskim rapie można uznać za ŚWIEŻE (w tym roku udało się to właśnie jemu, no i Królowi). Ciekawe i odbiegające od kanonu bity w wykonaniu Marka Dulewicza, melodyjność i dobre patenty na kawałki i porządna technika – taki jest właśnie album „Zeus, jak mogłeś?”. Zaskakująco dobry i w pełni zasłużył sobie na moje uznanie, HE HE.
4. Sokół & Marysia Starosta - Czysta brudna prawda (Prosto/F.K. Olesiejuk, 13.05.2011)

To tak naprawdę pierwsza płyta Sokoła od 2005 roku
Początkowo nie wierzyłem w to, że album duetu Sokół i Marysia Starosta w ogóle się ukaże. Zapowiedzi były lakoniczne typu, że coś tam powstaje, może wyjdzie… Na szczęście nabrały one kształtów na początku tego roku. W pierwszej połowie maja otrzymaliśmy „Czystą brudną prawdę”. Krążek jest – przede wszystkim – bardzo dobrze wyprodukowany, można powiedzieć, europejski poziom, no, ale Sokół nigdy nie oszczędzał na bity zza granicy. Co do formy gospodarza, myślę, że nie ma na co narzekać. Sokół obrał tutaj rolę wszechwiedzącego narratora, któremu niestety czasem zdarza się pierdolić frazesy nudne na tyle, że aż trzeba je pomijać. Postać Marysi pozytywnie zaskoczyła. Po wywiadach widać, że nie należy ona do osób specjalnie bystrych, więc to dobrze, że główną pieczę nad zamysłem całej płyty sprawował Wojtek, który umiejętnie ograniczył jej rolę tak, aby projekt nie przypominał płyty Liber & Sylwia Grzeszczak, HE HE. Jak widać, „Czysta brudna prawda” przypadła do gustu nie tylko mi, bowiem zdążyła już pokryć się złotem, nic dziwnego. Dissy na Jędkera, umiejętne zagrania marketingowe, propaganda Sokoła kreującego się na osobę, która wszystko robi po swojemu, nie zważając na ewentualny zarobek, taaa, ale widocznie ktoś to łyka. Spoko – ktoś kiedyś powiedział, że obojętnie, co by Sokół nagrał, i tak swoimi tłumaczeniami sprawi, że ktoś się tym zajara. Po części się zgadzam i ostatni raz odbiegając od tematów stricte muzycznych, odradzam Wam czytanie facebookowych wpisów na profilu duetu – tylko się zrazicie.
3. VNM - De Nekst Best (Prosto/F.K. Olesiejuk, 17.01.2011)

Zaliczam się do grona słuchaczy, którzy są z VNM’em od wielu lat i miałem przyjemność obserwować rozwój jego kariery. Na pierwszy, oficjalny album czekałem bardzo i właściwie się nie zawiodłem. Może płyta jest trochę nierówna, ale, w końcu, sam zainteresowany mówił, że chciał stworzyć materiał wszechstronny, żeby na legalu zaprezentować się z każdej strony. Myślę, że mu się udało. Nie wiem, jak nowi słuchacze odbiorą Venoma, rozpoczynając przygodę z jego rapem od albumu „De nekst best” ACZYKOLWIEK (pozdro, Pih!), ja, jako wieloletni słuchacz rapera z Elbląga czuje się usatysfakcjonowany i pomimo paru niedociągnięć, pierwszy legal VNM’a często gościł w moich głośnikach.
2. Fokus – Prewersje (Fana/Fonografika, 05.02.2011)

O kurwa. Sam bym się nigdy nie spodziewał, że jakakolwiek płyta Fokusa znajdzie się w moich notowaniach aż tak wysoko. Ale cóż poradzić – Smok widocznie przejął się negatywnymi opiniami na temat swojej poprzedniej solówki, spiął poślady i nagrał, wydawać by się mogło – krótki, ale treściwy materiał. Oczywiście beka wszystkich tych, którzy sprawdzali wszystkie wydawane single przed premierę (z 5 ich było). Prawdziwa elita sprawdziła tylko świetny „Lament”, czekała na całość – i dzień przed premierą zakupiła album, delektując się premierowym materiałem. I cóż więcej mogę powiedzieć? Nie ma się tutaj za bardzo do czego przyczepić, bo albumu słucham bez skipów, choć powiem, że wyjebałbym marnego śpiewaka, niejakiego Losza Vera, no i Gutka też, ale da się przeżyć. Pomijając chujową okładkę, nigdy nie wybaczę Fokusowi zniszczenia kawałka „Lament”. I na chuj tam skrecze i cuty? Na szczęście po necie lata wersja pierwotna, co nie zmienia faktu, ze „Prewersje” oceniam na piątkę z plusem.
1. Ten Typ Mes - Kandydaci na szaleńców (Alkopoligamia/Fonografika, 16.04.2011)

Ktoś jest zdziwiony? Nie sposób nie umieścić Króla na pierwszym miejscu, skoro wyprzedza on polski rap. Podobnie, jak w poprzednich dokonaniach solowych, Mes znacznie eksperymentuje, śpiewa. Dostajemy przekrój różnych styli podanych w bardzo świeży sposób, patrząc – oczywiście - przez pryzmat polskiego podwórka. Tekstowo jest raczej tak, jak każdy mógł się spodziewać. Jest o chlaniu, jest pogarda dla wciskania innym swoich ideologii (równocześnie robiąc to samemu), kolejny raz Mes rozlicza się z ojcem – z płyty na płytę widać, że jednak bardzo mocno wpłynęło to na jego osobowość, coś tam o ruchanku też się trafi, no ale, to standard. Słuchając jego solówek zawszę w 0,01% żałuję, że Mes nie potrafi nagrać kozackiej, stricte rapowej płyty, coś w stylu swoich featurnigów, coś co trafiłoby do szerszego grona odbiorców trafiłby on w końcu do absolutnego mainstreamu polskiego rapu. Obecnie mam wrażenie, że jest trochę pomijany – główne przez eksperymenty zawierane na swoich albumach jest uznawany (przez niektóre osoby, w tym kilku moich znajomych) za dziwaka i, ze „to nie jest kurwa rap”. Cóż – rap, nie rap, niewątpliwie „Kandydaci na szaleńców” to absolutny faworyt w roku 2011 roku. Nie sposób też zaobserwować jako-takiego rozwoju Mesa – z płyty na płytę staje się on coraz bardziej zmanierowany, jednak cóż poradzić – taki obrał sobie wizerunek artystyczny, niezbyt mi to odpowiada, ale dopóki będę się zgadzał z jego poglądami, zawsze Króla uświadczycie na pierwszym miejscu.
I takim sposobem doszliśmy do końca podsumowań. Kolejne dokładnie za rok.
Trzeci tegoroczny raking był dla mnie tak samo trudny jak rok temu, dwa lata temu i trzy lata temu. Wybrać najgorsze płyty roku jest o tyle trudno, że trzeba je wszystkie ściągnąć i przesłuchać, a potem jeszcze posortować, która była chujowsza od poprzedniej. Nie lada wyzwanie, ale jak zawsze dałem radę, wyjątkowo oszczędzając Buczera, Rene, jakiegoś kurwa Mrokasa, czy Firmę, bo tych płyt nawet nie sprawdzałem, z wyjątkiem Firmy, ale nie w całości. Dobra, sprawdźcie zatem ranking 10 najgorszych płyt A.D. 2011.
10. Krzyhu - Zeszyt outsidera (My Music/EMI Music Poland, 04.11.2011)

Nawet nie przesłuchałem tej płyty w całości, ale myślę, że warto umieścić ją w tym rankingu. Dlaczego? A bo Krzyhu NWS Zdradzony Przez Ojca jest bardzo ciekawą postacią. Powiedźcie mi – jak to jest… Jest wackiem, zero skillsów, a wydaje już drugi legal. Ba, z Fonografiki przeszedł do My Music, które stało się częścią międzynarodowego koncernu EMI Music i w dodatku ma featy Pezeta, Kajmana, czy nawet kurwa jakiegoś Bednarka, który przecież jest postacią fejmową… Nie do wiary.
9. Dono - Daj mi wiarę (Fonografika, 11.06.2011)

Kto to? Aaa, to ten, który zaprosił króla Mesa, Piha i Peję, żeby nawinęli mu refren? Beka w chuj.
8. Kritaczi - Jeden z nas (Hawajski Bas/F.K. Olesiejuk, 13.06.2011)

Kto to w ogóle kurwa jest? Kolejna osoba, która chyba sprzedała w tym roku 50 sztuk, w dodatku na legalu. Sprawdziłem 3 kawałki, płytę widziałem wielokrotnie w sklepie i zastanawiam się, co myśli sobie niejaki Kritaczi w ogóle nagrywając i jeszcze wydając taki szajs. Ja rozumiem, każdy może sobie rapować, ale weź lepiej nagraj płytę (jeśli musisz), wypal z 10 sztuk na CDR i rozdaj ją ziomkom na osiedlu – oni na pewno spropsują.
7. Gandzior - Gorące wersy płoną (RPS Ent./Fonografika, 19.06.2011)

Poziom podłogi – zastanawiam się, po co ja w ogóle to ściągałem? Gandzior, rapowo jest na poziomie 1996 roku, gdy to większość, dziś topowych raperów, nagrywało swoje demo u ziomka w piwnicy. I kto by pomyślał, że taki syf ukaże się w 2011 roku na legalu… Wstyd i hańba. Współczuję, jeśli ktokolwiek z Was się tym jara.
6. Joteste - Ulice w ogniu (Fandango Records/Fonografika, 19.03.2011)

Beka z tej płyty. Przede wszystkim, kim do chuja jest jakiś Joteste? Ściągnałem przez przypadek, potem dowiedziałem się, ze to jakiś ziomek Zeusa… zaraz, zaraz. Zeusa? Przecież ten typ brzmi jak swój koleżka, a to przecież żenada był kserobojem swojego kolegi, więc ode mnie, dla kseroboja, czułe wypierdalaj.
5. Fu - De facto (Prosto Label/F.K. Olesiejuk, 13.06.2011)

Mój komentarz do płyty Fu jest w zasadzie taki sam, jak do Onara i Wigora. Fusznik też najwyraźniej nie ma już pomysły na płyty. Jego kariera powinna zakończyć się na płycie „Krew i dusza”, bo to był jego ostatni dobry materiał, potem było już tylko gorzej, ale apogeum chujowości przypadło dopiero na czerwiec 2011. Podejść do „De facto” miałem dwa, i podobnie jak z większością płyt w tym zestawieniu, ziewałem i powstrzymywałem się od skipowania. Ale już nie bądźmy tacy surowi – na płycie jest jeden kozacki track „Takie życie, ziomuś”, gdzie Hades ewidentnie zjadł gospodarza. Panu już dziękujemy.
4. Hemp Gru – Jedność (Hemp Rec./Fonografika, 16.04.2011)

O Hemp Gru można dużo powiedzieć. Pierwsza płyta – dobra, jedyna dobra w ich dorobku. Druga? W zasadzie to gorsza wersja debiutu, ale chociaż były tam jakieś fajne bity, ale „Jedność”, czyli pierwsza część trylogii to naprawdę kaszana. Wszystkie kawałki bez jakiegokolwiek polotu, zero pomysłów, wszystko to już było, w dodatku w lepszym wydaniu.
3. Onar - Dorosłem do rapu (Step Records/Jazz Sound, 18.11.2011)

Bardzo lubiłem Onara, do czasu płyty „Pod prąd”, czyli najlepszego albumu w jego karierze. W 2009 wydał album-niewypał w bardziej southowym stylu. Po dwóch latach, kolega Pezeta powraca z nową płytą i… można tutaj zadać pytanie: po co? Na „Dorosłem do rapu” nie znajdziemy nic interesującego, świeżego czy tym bardziej, porywającego. Sam Onar chyba już nie wie, kim ma być. Z bausem mu nie wyszło, więc stał się ulicznikiem, następnie zmierzył się z zadaniem bycia polskim Rick Rossem, ale również była klapa. Teraz, w myśl panującej mody (pisałem o tym przy okazji płyty Miuosha), członek Płomienia 81 wraca nagrywając płytę na samplowanych bitach, z oprawą dj-ską i oczywiście z tekstami „z przekazem”. Beka z Ciebie Onar. Widać, że małżeństwo Ci nie służy (3) i przy okazji, nagrałeś najgorszą płytę w swojej karierze. Nie dorosłeś do rapu.
2. O.S.T.R. - Jazz, dwa, trzy (Asfalt Records/EMI Music Poland, 22.02.2011)

Jest to bezapelacyjnie najsłabsza płyta Ostrego. Do poprzednich można było się przyczepić, że męczy, że skrzeczy, że nudzi, ale parę kozackich wałków się zawsze znajdzie. Tymczasem, „Jazz, dwa, trzy” to nuda to potęgi n-tej. Pierwszy odsłuch płyty minął jak 5 minut – „O, to już koniec? Przecież nie zapamiętałem ani jednego kawałka”, pomyślałem. Kolejne przesłuchania tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że niestety Ostry naprawdę się wypalił, a udowodnił to nagrywając nudną jak flaki z olejem płytę. Co do bonus CD i tej gry. Może pomysł i fajny, ale dla młodszych słuchaczy, bo ja nie znałem odpowiedzi na jedno pytanie, ale zadania typu posmarowania gęby dżemem – [*]. I pomyśleć, że taka płyta osiągnęła status złotej…
1. Wigor/Trojak – Synteza (Fonografika, 28.05.2011)

Naprawdę – tego nie da się słuchać. Jakoś w marcu wyszedł singiel „Rdzenny warszawiak” – przesłuchałem raz, ziewając w międzyczasie, no ale dobra, tysięczny kawałek o warszawie, ale wytrzymać można. Pod koniec maja ukazała się płyta – ściągnałem, bo przecież Mor W.A. dobra marka, Juras/Wigor – jeszcze lepsza, ale album leżał, leżał i czekał. Pamiętam, to był chyba czerwiec, było kurewsko gorąco i na YouTube oglądałem chyba drugi teledysk „Czysta forma”. Kurwa mać, nie oglądnałem do końca, bo było to tak wtórne, tak nudne, że nawet nie wycisnąłbym przy tym klocka. Ile można pierdolić o powrocie do korzeni, miłości do rapu i jeszcze biegać, kurwa, z winylami i padami od MPC przed kamerą? Błazenada. Potem jakoś zmusiłem się do przesłuchania płyty i od razu wyjebałem ją z dysku. Nie wiem, naprawdę, po co taki Wigor w ogóle wracał – przecież ona nie ma zupełnie NIC ciekawego do powiedzenia.
A jutro to, na co wszyscy czekają. Lista najlepszych płyt 2011 roku. Postaram się ją opublikować zanim wyjdziecie na Sylwestra, bez obaw.

Hemp Gru - Lojalność
- pozycja 21 / bez zmian / czwarty tydzień na liście
Pih - Dowód rzeczowy nr 2
- pozycja 25 / spadek z miejsca 16 / trzeci tydzień na liście
DonGuralEsko - Zaklinacz deszczu
- pozycja 27 / awans z miejsca 34 / piąty tydzień na liście
Całe notowanie znajdziecie tutaj.
Drugi dzień podsumowań roku przyniósł zestawienie dziesięciu płyt wyróżnionych. Znajdziecie tutaj, w zasadzie, dobre płyty, jednak nie na tyle dobre, aby mogły znaleźć się w rankingu najlepszych.
10. Paluch - Syntetyczna mafia (B.O.R. Records/Fonografika, 01.10.2011)

Lubię Palucha, ale w tym roku wydał on trochę gorszą płytę od swojego poprzednika, o najlepszym w jego dorobku „Pewniaku” już nie wspominając. Myślę, że po prostu za dużo wydaje. Ledwo, co wyda solo, a już zapowiada następne. No cóż, nie najlepszym wyborem było powierzenie produkcji całej płyty Julasowi, który ma nieco inny, bardziej wiksiarski styl bitów, niż te, które mogliśmy usłyszeć na poprzednich solowych dokonaniach ex-członka Aifam. Mowa tu np. o takich kawałkach jak „Pan życia”, które balansują na granicy chujowości. Skupmy się jednak na plusach. „Syntetyczna mafia” jest w sumie podobna do płyty Gurala. Można ją puścić na melanżu (na takim z białymi rękawiczkami pewnie też), zbytnio nie wsłuchiwać się w teksty i po prostu się bujać. Oczywiście tego porównania nie należy rozumieć dosłownie, jednak pewna analogia jest. Podsumowując, trzeci legal Palucha to taki średniak, który ledwo co załapał się do tego rankingu.
9. Solar/Białas – Z ostatniej ławki (?, 01.09.2011)

Lepiej umieścić ich w tym zestawieniu, bo za jakiś czas będą fejmami, więc wypada się jarać. A tak na poważnie, hmm…. od „Burza po ciszy” regularnie sprawdzam wszystko od rapera Solar/Białas i odpowiada mi taki rap. Chłopaki ewidentnie szukają blefu zaczepiając na przykład L’Dogga, Mesa czy… kogoś tam jeszcze (nie chcę mi się szukać), i niewątpliwie jest to niezły pomysł na promocję. W końcu trochę fejmu już zdobyli – wszak zostali zauważeni po wygraniu jakiegoś tam konkursu i pojawią się na nowej płycie Volta, czy w nadchodzącym cyklu Stoprocent Rookies. Wracając do płyty – trzyma ona dobry poziom. Analogicznie do paru innych płyt, które znajdziecie w moich rankingach, materiał ten jest dość przekrojowy, są a’la bangery („Bujają się wieżowce”, przy okazji, jeden z najlepszych kawałków), są też niestety zamulacze, jak chociażby singlowy kawałek, bla bla bla [coś tu miałem dopisać, ale mi się nie chce].
8. Bonson & Matek - Historia po pewnej historii (?, 11.06.2011)

Sam się sobie dziwie, że taka płyta pojawia się w moich zestawieniach. Zawsze jestem sceptycznie nastawiony do wszelkiej maści podziemnych grajków, którzy są wychwalani pod niebiosa głównie na jednym forum. Ale co tam. Premierę płyty przespałem, powstrzymałem się ze ściąganiem i – o ile dobrze pamiętam – w październiku zakupiłem reedycję. Z materiałem zapoznałem się z oryginalnego CDR’a (HE HE), i w sumie nie jest to takie złe, jak by się mogło wydawać. Bonson poniekąd trochę przypomina Pezeta z „Muzyki emocjonalnej”. Narzeka, użala się nad sobą, ubolewa nad faktem, że znowu musiał się naćpać… ojej, biedaczek. W zasadzie całą treść – i tak przydługawego albumu – można streścić w 3-4 kawałkach. Nie mniej, może przez podobieństwo (muzyczne) do Pezeta i nawet polecenie przez niego, Bonson trafił w ten sam target – co widać zaowocowało zdobyciem jakiegoś tam fejmu i niezłej sumki lajków na Facebooku, bo m.in. to jest dziś pewnego rodzaju wyznacznikiem. Nie zmienia to faktu, ze „Historia po pewnej historii” jest ciekawym projektem, innym, niż większość płyt i polecam się z nim zapoznać.
7. Shellerini - PDG Gawrosz (Szpadyzor Records/Fonografika, 19.02.2011)

O proszę, pozytywne zaskoczenie. Nigdy nie przepadałem za rapem osoby, którą zjadł Owal w pamiętym 2007 roku, ale Sheller na szczęście odpowiednio przygotował się do legalnego debiutu. Oczywiście płyta dupy nie urywa, ale jest to taka dobra poznańska produkcja, której można sobie posłuchać, zbytnio się w nią nie wczuwając. Oczywiście najmocniejszą stroną albumu są bity, aczkolwiek nie sposób zauważyć progresu Shelleriniego od, na przykład, pierwszego WSRH.
6. Miuosh - Piąta strona świata (Fandango Records/Jazz Sound, 15.04.2011)

Miuosh to taki rzemieślnik – w polskim rapie zrobił się modny tzw. truskul, to i on wydał płytę z samplowanymi bitami, skreczami i cutami oraz oczywiście ‘życiowymi’ tekstami. Cóż, rap, co prawda nie wyróżniający się z szeregu, ale „Piąta strona świata” nawet mi się spodobała. Albumu słuchałem wielokrotnie, bo jest to taki zwyczajny rap, który można sobie puścić w tle i niech leci. Dla mnie spoko – taka muzyka też jest potrzebna i wolę Miousha, niż przykładowo Onara, który sam już nie wie, co ze sobą zrobić.
5. Buka - Pokój 003 (MaxFloRec/Mystic Production, 30.09.2011)

Przyznam szczerze, że przed tą płytą nie słuchałem ani jednej płyty Buki. Pamiętam, że jakieś tam jego nielegale wrzucałem jeszcze na RMP, ale jakoś nigdy nie miałem ochoty tego przesłuchiwać. Kiedy dowiedziałem się, ze niejaki Buka wydaje legal, postanowiłem się wstrzymać ze sprawdzaniem poprzednich płyt i zacząć przygodę z jego rapem od „Pokoju 003”. Jak się okazało w ostatnich dniach września, jest to całkiem dobry, humorystyczny rap. Ciekawe patenty, dobry motyw z 37 (przy okazji, dobra kreskówka), pozytywny klimat – dla mnie ok. Z minusów, na dłuższą metę, jego głos staje się drażniący.
4. Haju & Złote Twarze – Międzyświat (Dwaem Music, 12.03.2011)

Pozytywne zaskoczenie. Niewątpliwie „Międzyświat” jest dobrą, mroczną i bardzo osobistą płytą, która zaskoczyła wiele osób. Co prawda, termin jej wydania (marzec? kwiecień?) nie był zbyt odpowiedni do jej tematyki, dlatego polecałbym sprawdzić album Haja i Złotych Twarzy bardziej w okresie jesienno-zimowym. Fani, przykładowo, Pezeta z 2004 roku powinni być usatysfakcjonowani.
3. DwaZera - Płyta z czarnych płyt (Prosto Label/F.K. Olesiejuk, 28.02.2011)

Obok Kajmana i Zeusa, jedno z największych pozytywnych zaskoczeń tego roku. Kiedy w sieci pojawiło się info o dołączeniu do Prosto Braha i właśnie niejakiego składu DwaZera, pomyślałem sobie: „Brahu spoko, ale co to kurwa jest DwaZera?”. Chwilę później wiedziałem już, że to jakieś grajki, których mixtape’y z Hifi Bandą i wspomnianym Brahem mam na dysku. Kiedyś tam słuchałem, ale zupełnie nie zapadły mi w pamięć. Poczekałem więc do premiery zapowiadanego legala w Prosto i… moje odczucia związane z „Płytą z czarnych płyt” były bardzo pozytywne. Dwóch porządnych MC’s (Raku lepszy), świetne bity, w przejadanym i brudnym klimacie, do tego oprawa dj’ska Wojaka. Czynniki te doprowadziły do tego, że płytą najzwyczajniej w świecie się zajarałem i biłem się w pierś, że wcześniej tego nie sprawdziłem.
2. Smagalaz – Dorzucamy do grilla (Wielkie Joł, 22.12.2011)

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Abel i Mops trochę marnują swój potencjał. Kto słuchał świetnego „Czillen am girllen”, czy chociażby najnowszego beatu i Soboty wie, na jaki poziom nawijki i flow ich stać (Abla szczególnie), lecz zamiast robić naprawdę kozacki rap, który miałby szansę się przebić, zdarzy im się nagrać mniej przystępne gnioty (nie będę tutaj sypał tytułami). Ich rap wyprzedza to, co dzieje się na polskiej scenie i wydaje mi się, że ich nagrywki będą docenione dopiero za parę lat… ale w tym czasie wypadałoby zmienić wytwórnie, bo jak ‘promuję’ ich Wielkie Joł, każdy widzi. Co do samego mixtape’u, „Dorzucamy do grilla” jest bardzo dobrym, choć trochę słabszym materiałem od „Czillen am grillen”, który powinien trafić w gusta sympatykom ich rapu.
1. Brahu – Chaos (Prosto Label/F.K. Olesiejuk, 28.03.2011)

Ze dwa lata zapowiadania i… jak najbardziej było na co czekać. Brahu nie jest typem kreatywnego rapera, który mógłby zaskoczyć wyszukanym rymem, czy powalającą metaforą. To raczej prosty chłopak, który robi prosty rap – a bity jakie, wow. „Chaos” jest bardzo dobrą płytą do wyluzowania się. Jak to mówią? „Buja”. Dobre flow, wyraźne akcentowanie i przede wszystkim, bardzo porządne bity – tak można scharakteryzować Braha i jego drugi legal. Z płyty wywaliłbym kawałek „Kac” (ultra chujowy refren), bonus track „Przeleć mnie” i coś jeszcze, ale nie chcę mi się szukać tytułu
Reszta wchodzi bardzo dobrze, bez skipu, szczególnie singlowy banger „Szybkie życie”.
Jutro w godzinach wieczornych spodziewajcie się zestawienia najgorszych płyt 2011 roku.
Mamy 28 grudnia - pora na pierwszy ranking. Dziś zapoznacie się z listą 15 płyt, na których się zawiodłem. Znajduje się tutaj parę płyt, które oczywiście nie jest słabe czy chujowe - tak, czy siak, zawiodły one moje oczekiwania i dlatego zasiliły one te zestawienie.
Zapraszam do czytania.
15. Fisz/Emade – Zwierzę bez nogi (Agora, 30.11.2011)

Za bardzo nie oczekiwałem na tę płytę, wyszła w sumie bez większych zapowiedzi, ale mimo wszystko się zawiodłem. Mając w pamięci bardzo dobry „Heavi Metal” sprzed 3 lat bracia Waglewscy postawili sobie poprzeczkę bardzo wysoko i album „Zwierzę bez nogi” zupełnie nie przypadł mi do gustu. Przesłuchałem chyba ze dwa razy i… lipa.
14. VA - Aloha 40% (Aloha Ent./Fonografika, 03.12.2011)

Jestem sympatykiem Szybkiego Szmalu i mam ich wszystkie produkcje (no, oprócz jednej). Oczywiście na (aż!) trzypłytowy projekt, którego pomysłodawcą jest Proceente czekałem i oczywiście się zawiodłem. Zacznijmy od tego, że przesłuchanie „Aloha 40%” w całości graniczy z cudem. Można zasnąć trzy razy, ale znalazłem sposób. Rozbiłem sobie słuchanie albumu na trzy dni – jedna płyta, jeden dzień. I jaki był tego efekt? Przyznam szczerze, że żaden kawałek jakoś szczególnie nie zapadł mi w pamięć. Jest tego tyle, że nawet żadnego dobrego wersu, bitu, ani nawet tytułu nie zapamiętałem. Trudno, w sumie można było się tego spodziewać. Także, pamiętaj, Procent. Nie ilość, lecz jakość. Gdyby zrobić ostrą selekcję, „Aloha 40%” byłoby całkiem zjadliwą składanką.
13. Fabuła - Made in 2 (Step Records/Jazz Sound, 03.06.2011)

W sumie nie za bardzo czekałem na ten album, bo wiadomo, że debiut, „Dzieło sztuki” został zauważony i jakoś zapamiętany głównie przez masę gości. Tym razem chłopaki z Fabuły ograniczyli fity do minimum, do składu powrócił niejaki Konradziwo i niestety przebrnięcie przez cały album jest ciężkie. Większość kawałków jest przydługich – nic dziwnego, tylu MC’s, a każdy musi mieć swoją zwrotkę. Tematycznie, pff, raczej monotematycznie jest, bo ile można pierdolić o miłości do swojego miasta, wspominać stare czasy wymieniając ksywki murzyńskich rapowców, czy nawijać o osiedlach? No niestety, ale „Made in 2” to nuda, z paroma wyjątkami, typu „Pijany bankrut”, który de facto na płycie znalazł się jako bonus.
12. Człowień - 27 dni później (Grill-Funk Records, 27.08.2011)

Rok 2011 można nazwać upadkiem Człowienia. Ale zaraz – może to za dużo powiedziane, bo kim właściwie jest Człowień? To one-album wonder, który w 2009 roku nagrał bardzo dobrą solówkę i to najwyraźniej wszystko, na co go stać. Pomijając już album z Shotem, który okazał się totalną kaszaną, moje oczekiwania na kolejne solo znacznie zmalały – i jak się okazało pod koniec sierpnia – całkiem słusznie, bowiem „27 dni później” to album na max. dwa przesłuchania. Nic (poza zwrotką VNM’a) mnie na nim nie zainteresowało. Po prostu jeden wielki zieeeeeeeeeeew. Człowień, widocznie małżeństwo Ci nie służy (1).
11. Vixen - Rozpalić tłum (RPS Ent./Fonografika, 19.06.2011)

„Za szybko wyszedł na legal” – z taką opinią niedawno spotkałem się w sieci i z czystym sumieniem mogę się pod nią podpisać. Trzeba przyznać, że „New-Ton” był płytą poRZądną, ale wiecie – i przypadkiem nawet down może zaruchać. Podobnie jest z Vixenem – jedna dobra płyta i jak na razie sama chujnia. Album przesłuchałem w całości 1,5 raza, więcej nie dałem rady, bo słuchanie mądrości życiowych od 20 paro latka jest co najmniej śmieszne. Mowa tutaj głównie o tytułowym kawałku (z tego, co pamiętam). Chuj mnie obchodzi, że kochasz swoją dziewczynę, chuj mnie obchodzi, że pochodzisz ze wsi. Idź poćwiczyć.
10. Rasmentalism - Hotel trzygwiazdkowy (?, 08.06.2011)

… Mówiąc szczerze, Rasmentalism skończył się na swojej pierwszej płycie. Tak, „Dobra muzyka, ładne życie” to naprawdę dobra pozycja. Z kolejnymi albumami było już tylko gorzej. Projekt-niewypał z Weną (o dziwo całkiem dobrze przyjęty przez słuchaczy), a teraz ten gniot. Nie wiem, może ze dwa dobre kawałki tutaj znajdę, ale nie więcej. Ras i to jego pierdolenie o tym, jaki to niby jest zajebisty (a nie jest) i Ment, który widocznie myśli, że jest Betovenem XXI wieku (a nie jest). Niestety, OUT!
9. Człowień & Shot - Do zobaczenia później (Grill-Funk Records/Fonografika, 19.02.2011)

O proszę, znowu Człowień. Nie powiem, czekałem na to, ale bardzo się rozczarowałem. Mamy tutaj do czynienia (pomimo, że zjeść lubię) z wielką kaszaną. Fatalne bity, w większości od jakichś no-name’ów, widoczny brak pomysłów na kawałki (no, może poza tym z zamianą ról) i jakieś pitu pitu. Zieeeeeeeeeew.
8. Szad - 21 gramów (Labirynt Records/Fonografika, 15.01.2011)

Lubię Trzeci Wymiar, ale poniekąd sprawdzają się moje przypuszczenia. Solowo to oni raczej nie dadzą sobie rady. Wydany na samym początku roku album Szada tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Płyta jest po prostu nudna, monotonna i za długa. Członek 3W trochę przesadził z mrocznością płyty, przez co cały album zlewa się w jedną, nieciekawą całość.
7. Jeżozwierz - Pan Kolczasty (Tu Wolno Palić/Fonografika, 14.11.2011)

Niestety, ale nawet Jeż zawiódł. „Pan Kolczasty” to bardzo treściwa i aż za surowa płyta. Fajny pierwszy singiel, ale po spędzeniu tych 30 paru minut z albumem głowa zaczyna boleć. Co prawda, słychać tutaj progres w porównaniu z „Jebać tytuł”, jednakże całość przedstawiona jest w bardzo nieprzystępny sposób. Gwoździem do trumny jest kawałek „Tu wolno palić”, czarnuchy, proszę. Szkoda, że Jeżozwierz zdecydował się wydać ten album na legalu – ktoś, kto go wcześniej nie znał, raczej nie zajara się jego twórczością, patrząc przez pryzmat tego albumu. Początkującym polecam sprawdzić wspomniane „Jebać tytuł” – tak naprawdę jeden, dobry album Kolczastego.
6. Młody M - Kronika II: Siła charakteru (Step Records/Jazz Sound, 14.10.2011)

Jedno z większych rozczarować. Wszechobecnie wiadomo, że zawszę prostuje Młodziaka. Bo chłopak sobie na to zasłużył, ale drugą częścią „Kroniki” niestety zawiódł. Dwa lata oczekiwania na nowy materiał i dostałem miałki i usypiający krążek, z którego zapamiętałem może ze 3 kawałki. Niestety, miałem parę podejść, ale to nie to, co chciałbym usłyszeć. Szkoda, Młody. Widocznie małżeństwo Ci nie służy (2).
5. PMM - Poza horyzont (Prosto Label/F.K. Olesiejuk, 28.09.2011)

O, kolejni na liście rozczarowań. Zabawna sprawa – PMM było kojarzone z robienia kozackich bangerów, na równie kozackich bitach, wiecie, coś w stylu Aggro Berlin. Przy trzeciej płycie, produkowanej w całości przez marnego skrzypka diametralne zmienili swój styl – oczywiście na gorsze. Pierwszy singiel, nie pamiętam nawet tytułu, to typowe pierdolenie dla pierdolenia. Ani Głowa, ani Wężu nie są typem rapera, który może silić się na jakieś rozkminki, a jeśli już to zrobi, są one raczej na poziomie krawężnika. Tak jest i tym razem. „Poza horyzont” to nudnawa płyta, która mógłby nagrać właściwie każdy. Wróćcie lepiej do tego, co naprawdę umiecie robić.
4. Łona i Webber - Cztery i pół (Asfalt Records/EMI Music Poland, 27.09.2011)

Przepraszam wszystkich studentów, lepiej poprawcie swoje sweterki i usiądźcie wygodnie. Niestety, mamy rok 2011, a ja już nie potrafię zarajać się Łoną. Fakt faktem, nigdy nie był on raperem, którego mógłbym słuchać ot tak, dla przyjemności, przykładowo jadąc samochodem, ale poprzednie płyty przypadły mi do gustu. Z „Cztery i pół” miałem problem. Ok, fajne single, dobre pomysły na kawałki, ale kiedy przyszło do przesłuchania całej płyty, zaczęły się schody. Od 1410 roku słucham muzyki przed zaśnięciem – tak też postanowiłem zrobić z najnowszą płytą szczecińskiego duetu. Wrzuciłem ją na swojego iPodka, słuchawki do uszu i wytrzymałem do (chyba) piątego kawałka. Dzień później, podejście drugie. Niestety też zasnąłem, ale nie pamiętam, na którym numerze. Trzecie podejście było, tym razem, w dzień. Sprawdziłem album od deski do deski, ale zupełnie mnie nie zainteresował. Nie wchodzi, więc to znak, że należy odpuścić. Rap to nie dziewczyna, której można zrobić coś na siłę. Nie to nie. Widocznie lewackie rapsy nie potrafią mnie zajarać.
3. Rafi - 200 ton (Szpadyzor Records/Fonografika 29.07.2011)

Tyle czekania i… i co to ma być? Niestety, ale „200 ton” brzmi jak zlepek kawałków z różnego okresu. Rap o niczym, a i zabrakło klimatu, którego można było uświadczyć na płytach Beat Squadu. Dziwne, tyle lat zbierać się do wydania solowej płyty i w 2011 zafundować klopsa… Bardzo mi przykro, Rafi, ale na tej płycie jest może 5 fajnych kawałków.
2. Warszafski Deszcz – PraWFDepowiedziafszy (Wielkie Joł/Jawi, 16.06.2011)

„PraWFDepowiedziafszy” jest to najsłabsza płyta w dorobku Tedego i Numera. Zabrakło tutaj specyficznego klimatu, którego mogliśmy uświadczyć na poprzednich płytach. Mam wrażenie, jakoby płyta ta powstała na siłę. Nie słychać ani grama zajawki, takiej chemii pomiędzy chłopakami. Typowy rap o rapie, wiadomo, ale bez tego deszczowego klimatu. Co nie zmienia faktu, że jest tu parę fajnych kawałków, jak przykładowo „Pierdolony talkshow”, „Gdzie tamte dziewczyny?” czy „Zrobiliśmy coś ważnego”, jednak trzy tracki nie uratują całej płyty.
1. W.E.N.A. - Dalekie zbliżenia (Aptaun/F.K. Olesiejuk, 27.05.2011)

Właściwie mogę tutaj napisać to samo, co u Rasmentalism. Wudoe skończył się po „Wyższym dobrze”, wszak była to kozacka płyta, do której wracam dość często. Projekt z Rasmentalismem, wiadomo, niewypał, ale miałem spore nadzieje, że skoro W.E.N.A. wychodzi na legal, przygotuje coś godnego określenia „pierwszej, oficjalnej płyty”. I co dostałem? Taką w sumie średnią płytę, momentami nudną, która jednak początkowo mnie zajarała. Posłuchałem jej może z tydzień, potem odłożyłem w kąt i zapomniałem. A szkoda, bo Wena potencjał ma, tylko tym razem widocznie coś nie wyszło.
Pamiętajcie, że jutro pojawi się ranking płyt wyróżnionych, czyli tych, które są dobre, ale nie na tyle, żeby znaleźć się wśród najlepszych albumów tego roku.
Polski rap w 2011 roku nie wyglądał tak kolorowo, jakby mogło się wydawać większości osób. Co z tego, że wyszło full płyt i spora część z nich była wydana przez bardzo fejmowe te ksywki, skoro płyty te nie mają już ‘tego czegoś’? Nie wiem, czy to wina polskiego rapu, czy może mojego podejścia, ale pamiętam jak jeszcze dwa lata temu miałem bardzo wysokie ciśnienie na każdą premierę. Album ściągałem z kutangą w dłoni i odsłuchiwałem z ciekawością, byłem głodny rapu. W tym roku (w poprzednim w sumie też) sprawdzałem większość płyt z jakimś tam opóźnieniem – pewnie z powodu, że po prostu za dużo tego wychodzi i w dużej mierze są to po prostu rozczarowania. Wiem, nie tylko ja, ale chyba całe społeczeństwo hip-hopowe, że chyba rap w Polsce przeżywa jakiś renesans. W dzisiejszych czasach najlepszym wyznacznikiem są cyferki – czy to lajki na Facebooku, wyświetlenia na YouTube, czy pozycje na Olisie. Gdzie się nie spojrzy, rap jest na świeczniku. Z jednej strony dobrze, bo wpływa to na sprzedaż i ożywienie rynku, który znalazł swoją nisze w sieci i tutaj powstał osobny mainsteram, bez udziału mediów. Ale czy na pewno? Pamiętam, jak rok temu pisałem, że Viva znów zaczyna grać rap. Chyba w 2011 przestało im się to kalkulować, ponieważ po chyba 3 miesiącach emisji zdjęto z emisji program „Viva 100% Rap” – i nic dziwnego, skoro 90% klipów to odgrzewane kotlety sprzed 5-10 lat. W (prawie już) minionym roku, stacja Viva zagrała śladowe ilości nowego rapu. Na rotację wszedł singiel Warszawskiego Deszczu, Pezeta i Szada. Raz na ruski rok mogliśmy zaobserwować pierwsze dwa klipy Mesa z „Kandydatów…”, „Inspiracje” i „Różnice” od Vienia i to właściwie na tyle. Sytuacja lepiej ma się w radiach. Nawet w takich gównach jak Radio Eska można usłyszeć kawałek Ero i Sokoła promujący film „Jeż Jerzy”, zapowiedzi różnych albumów czy wywiady. Z moich obserwacji wiem, że – poza małymi stacjami typu Kampus – rap grany jest w Czwórce i czasem Trójce. Tam na rotacji uświadczymy Hifi Bandę, Tedego, Pezeta, Rahima, VNM’a, Gurala, Łonę… i można by tak wymieniać. Czy to dobrze? Na pewno, ja radia nie słucham w ogóle, ale jak to ujął mój znajomy – „A kto kurwa słucha Czwórki?”. Coś w tym jest.
Kontynuując temat ‘mody na rap’, nie sposób też nie zwrócić uwagi na kulturę kupowania płyt. Bardzo często na Facebooku można znaleźć jebanego gimbusa, który wkleja zdjęcie swojej marnej, dajmy na to, 20-płytowej ‘kolekcji’. Obecnie oryginalną płytą można się chwalić – wow. No kurwa. Kiedy ja kupowałem płyty, gimbus jeden z drugim nie wiedział nawet jak się wysrać. Kiedy patrzę na te fotki kolekcji mieszczących się na jednym foto, ogarnia mnie beka. Moja kolekcja obecnie liczy 506 płyt, aż nie mam gdzie ich kłaść i nie uważam tego za element, którym mógłbym się chwalić. Wiem, że „ściąganie z neta” stało się passe, ale robienie z wydania 30 PLN na płytę jakiegoś lansu, zakrawa o śmieszność.
Przez ostatnie 12 miesięcy polscy słuchacze nieco oswoili się w pojęciem komercji. 5 lat temu raper za nagranie kawałka do filmu, zagranie w jakimś serialu czy poproszony o wypowiedź do mainstreamowych mediów (Pezet w Wiadomościach, Hemp Gru w Teleexpresie, Wyga w TVN24) zostałby ukrzyżowany i opluty. W dzisiejszych czasach wystarczy różne posunięcia wytłumaczyć progresem i niechęcią do stania w miejscu – i ludzie to łykają. W 2011 roku na dobre swoje pozycje ugruntowały labele stricte hip-hopowe. Również wspominałem o tym w zeszłym roku. Dziś raperzy nawijają o robieniu hajsu z muzyki – i ku mojemu dziwieniu, nie wzbudza to już dużej nienawiści, jak jeszcze parę lat temu. Nie ma się co czarować – rap to biznes. Skoro taki Hades, który rzucił pracę w korporacji, czy Diox, który rzucił studnia, na lajcie może się z rapu utrzymać – nie jest źle. Ba! Co w takim razie mają powiedzieć pierwszoligowi gracze? Wciskanie, że do rapu trzeba tylko dokładać można włożyć między bajki. Wystarczy spojrzeć na takiego Pezeta… Co on odpierdala, a jeszcze znalazła się grupa słuchaczy, która aprobuje jego wyskoki muzyczne. Wracając do tematu labeli – bo to oni trzepią największy hajs – rok 2011 śmiało można uznać za rok Prosto. Co miesiąc ten warszawski label wydawał jedną, nową płytę (pomijając oczywiście wakacje i niestety grudzień). Godne podziwu. Można powiedzieć, że „wydać, to każdy może” – jasne, ale Prosto każdemu swojemu artyście zafundowało promocję z prawdziwego zdarzenia. Do coraz częstszych zagrań marketingowych można zaliczyć edycję specjalną dostępną tylko w preorderze, co stosuje nie tylko Prosto. Opcja bardzo fajna, zarówno dla fana, który otrzyma coś extra (i nie mówię tutaj o jakichś chujowych remixach), a i wytwórnia pomijając marżę dla dystrybutora i sklepów, cały hajsik zgarnie prosto na swoje konto. Genialne. Będąc w temacie wytwórni, nie sposób wyróżnić także Step Records. Niestety – pomimo, że pałam bardzo dużą niechęcią do tego wydawnictwa, w tym roku udało im się pozyskać i wydać naprawdę dużą ilość wykonawców/albumów (kolejno). Oczywiście nadal ich metody promocyjne są strasznie prymitywne i nachalne, ale nie da się ukryć, że przyczynia się to do rozwoju całej, polskiej rap-piaskownicy. Można wspomnieć o takich wydawnictwach jak chociażby Aptaun, który dopiero raczkuje i wydaje mało ciekawe materiały, ale zawsze – może jeszcze się rozkręcą. No i oczywiście… Asfalt. Niegdyś faworyt i label wydający nawet 15 cedeczków (he he, beka, Diox) rocznie. Dziś wydają same gówno, w śladowej ilości. Przykre. Przy okazji, wspomnicie moje słowa. Zwróćcie uwagę na taki łańcuszek. Dajmy na to, 10 lat temu, raperzy byli w podziemiu i szukali wydawcy. Następnie znaleźli wydawcę, przy okazji (na przykład do takiego Pomatonu), ściągli swoich koleżków i wszyscy byli razem… potem razem zostali wydymani. Kolejnym etapem było założenie własnego wydawnictwa. Początkowo tylko dla własnych potrzeb, ale… kolegi nie wydasz? No pewnie, że wydasz. Obecnie wytwórnie powstałe, powiedzmy, dwa lata temu, z firm wydających 1-2 płyty stały się pełnoprawnymi labelami, skupiających wokół siebie wiele osób. Na przykład MaxFloRec, Szpadyzor Records, Aloha Ent., czy Alkopoligamia. Teraz należy poczekać jakieś 3-4 lata, aż ziomki wydymają ziomków i wszystko trafi do punktu wyjścia. Co wtedy zrobią raperzy? I tutaj mam parę teorii. Weźmy pod lupę, takiego Pezeta. Praktycznie każdą płytę wydał w innej wytwórni, aż w końcu (2010 r.), założył własną o nazwie Koka Beats. Wydał JEDNĄ płytę i… i spierdolił do majorsa – EMI Music Poland. A dlaczego? Na to pytanie odwiedźcie sobie sami. Myślę, że z biegiem lat raperzy przestaną pluć na ‘wielkie wytwórnie’ i prędzej czy później do nich dołączą. Może się też stać, że przykładowo taki Szpadyzor może stać się rapowym-majorsem… Kto wie – w końcu My Music, kiedyś też było małą wytwórnią, obecnie są ogromną oficyną wydawniczą, która sprzedała swoją dupę EMI.
Warto też wspomnieć o teledyskach – w nich także widać spory progres. W 2011 roku coraz częściej mieliśmy okazję zobaczyć nie tylko machanie łapami do kamery, ale także profesjonalne materiały video, w które trzeba było włożyć trochę pieniędzy, czasu i – przede wszystkim – mieć jakiś pomysł. Zwróćcie uwagę, iż dopiero od niedawna, w opisie klipu na YouTube znajdziemy informacje o reżyserii, montażu, czasem nawet cateringu, charakteryzacji, czy pomocy technicznej. Parę lat temu coś takiego było niespotykane.
Jak już przy rozwoju jesteśmy, napomknę coś o ciuchach. Jeszcze dwa lata temu, no, wychodziły tam jakieś koszulki. Dziś sprawy mają się inaczej – większość raperów wywęszyło świetny interes i mają własne marki odzieżowe i nie są to tylko koszulki. W firmach takich jak Diil, Koka, El Polako, Alkopoligamia czy oczywiście Prosto Wear mamy do dyspozycji bluzy, spodnie, koszulę, a w ofercie firmy Step czy PLNY skarpetki, czy w przypadku tego pierwszego wydawnictwa, nawet kubki, zapalniczki, długopisy, w tym przypadku sygnowane logiem Chady. Żenada. Oprócz firm stworzonych przez raperów, na rynku pojawiły się także takie twory jak Smoke Story Group czy Patriotic, które dominują w polskich rap-klipach. Mój stosunek do takich ubrań, nie uległ zmianie. Sram na takie wdzianka, nie jestem bannerem reklamowym i nie mam zamiaru tego kupować.
Mając w pamięci rok 2011 zastanawiam się, co można by określić mianem ‘debiutu roku’. Niestety, ale chyba nie było nic, co powaliłoby mnie na kolana. W poprzednich latach mieliśmy przecież Zeusa, jakiegoś tam Małpę – i pomimo, że grajkowie ci nie przypadli mi do gustu, odbili się szerokim echem w polskim rapie. A co w tym roku było godnego uwagi? Bonson, który de facto teraz wypłynął? Może, ale na pewno nie był on debiutem roku. Jakiś Medium? Również nie debiut, chyba, że legalny, ale co z tego, skoro wydał chujową płytę… Dalej nawet nie chce mi się wymieniać…
Chyba ostatnim aspektem, nawiązującym poniekąd do sprzedaży są Złote i Platynowe Płyty. Jeszcze w żadnym roku nie było aż tyle odznaczeń, bowiem w 2011 roku przyznano 14 Złotych Płyt oraz 3 Platynowe. Poniżej lista, w oparciu o ZPAV:
Złoto:
16 lutego - O.S.T.R. - Jazz, dwa, trzy
1 marca - Slums Attack - Reedukacja
8 marca - Grubson - Coś więcej niż muzyka (3CD)
16 marca - Eldo - Nie pytaj o nią
30 marca - WWO - Witam was w rzeczywistości
18 kwietnia - Peja/Slums Attack - Najlepszą obroną jest atak (2CD)
20 kwietnia - Hemp Gru - Jedność
20 kwietnia - Pezet/Małolat - Dziś w moim mieście
Któryś tam maja – Parias - Parias
25 maja - Firma - Nasza broń to nasza pasja (3CD)
19 października - WWO - Życie na kredycie
7 grudnia - Hemp Gru - Lojalność
7 grudnia - Sokół i Marysia Starosta - Czysta brudna prawda
7 grudnia - Trzeci Wymiar - Złodzieje czasu (2CD)
Platyna:
10 marca - Slums Attack - Reedukacja
4 kwietnia - Rychu Peja SoLUfka - Styl życia G’N.O.J.A. (2CD)
W danych ZPAV nie znajdziemy informacji o Pezecie i Małolacie oraz o płycie Parias. Dlaczego? Nie wiem, i wątpię, jakoby te płyty naprawdę były złote, ale niech im będzie… Tak czy siak, jest to ogromne osiągnięcie dla naszej kultury, któremu należy się uznanie.
Podsumowując to podsumowanie – jak już wspominałem, rok 2011 nie jarał mnie tak jak poprzedni i wbrew opinii większości słuchaczy, o wiele bardziej cenie sobie takie lata jak 2007, czy 2009, bo w obecnym rapie nie mogę znaleźć tego, co w nim szukam. 2011 upłynął przede wszystkim pod znakiem osiągnięcia apogeum beki z Eldoki Na Wolno, dużej ilości materiałów i ogólnemu rozwojowi rynku. Temat Jędkera - przemilcze. Przez najbliższe dni, aż do końca roku możecie się spodziewać moich rankingów. Stało się to już tradycją. Jutro (28 grudnia) zapoznacie się z rozczarowaniami, dzień później (29 grudnia) z wyróżnieniami, 30 grudnia z najgorszymi płytami, a na koniec, 31 grudnia z zestawieniem najlepszych płyt A.D. 2011.
Pis Jou.

Jak co roku - wszystkiego najlepszego życzy Wam TIREX

Pih - Dowód rzeczowy nr 2
- pozycja 16 / spadek z miejsca 11 / drugi tydzień na liście
Hemp Gru - Lojalność
- pozycja 21 / spadek z miejsca 8 / trzeci tydzień na liście
DonGuralEsko - Zaklinacz deszczu
- pozycja 34 / spadek z miejsca 23 / czwarty tydzień na liście
Całe notowanie znajdziecie tutaj.
“Obrazek promuje rozszerzoną o instrumentalny cd platynowy album “Reedukacja”. Wszystkie zdjęcia powstały podczas trasy na terenie Europy (22 miasta w 12 krajach) plus kilka koncertów w kraju (m. in: Terrorym Fever 2 oraz RE-Turn w Radomiu i Katowicach). Autorem zdjęć jest DJ Decks, Gandzior i Paulina. Montaż popełnił DJ Decks. Kolory: Adam Żurawiecki”.